„Niech ktoś weźmie ode mnie to dziecko”.

Długo zwlekałam z tym wpisem, bo porusza on bardzo ważny temat depresji poporodowej. Jej objawami są m.in. utrata radości z życia, zaniżona samoocena, płaczliwość, drażliwość, bezsenność, poczucie osamotnienia, trudności w okazywaniu uczuć do nowonarodzonego dziecka, czy myśli samobójcze. Oznaków depresji jest oczywiście znacznie więcej, ale moim zdaniem o wiele lepiej zrozumiecie ten problem, poznając prawdziwą opowieść. Aga postanowiła podzielić się z Wami historią swojej walki z tą chorobą. Posłuchajcie:

„Miałam całkiem przyjemną ciążę. Dziecko, które miało przyjść na świat było planowane, wyczekane, wręcz wymodlone. Dopiero końcówka ciąży dała mi popalić – zatrzymanie wody w organizmie, opuchnięte całe ciało, ogromny brzuch i straszne upały – rodziłam w sierpniu… Ale to nic. Wreszcie nastał dzień porodu. Gdy skurcze się nasiliły, pojechaliśmy do szpitala. Przyjęto mnie na oddział. Wody odeszły, ale skurcze ustały. Nie można było dłużej czekać, zapadła decyzja o cesarce. Córeczkę widziałam tylko przez moment, musieli zabrać ją do inkubatora, miała lekkie niedotlenienie. Na szczęście szybko doszła do siebie i po 3 godzinach byłyśmy już razem. Położna pomogła mi przystawić małą do piersi. Mimo początkowego bólu, był to bardzo wzruszający moment. Mała Zosia dość często płakała, ale miałam nadzieję, że po wyjściu ze szpitala wszystko się unormuje.

Po 4 dniach wróciłyśmy do domu. Ja niestety czułam się nieswojo. Początkowo nie wiedziałam co mi jest. Obecność dziecka była dla mnie czymś nienaturalnym. W końcu wychodziłam z domu sama, a wróciłam już z córeczką…. Nie wiem do końca jak to opisać. Gdy Zosia płakała, strasznie irytowało mnie to, że nie mogę jej pomóc, że nie znam jej potrzeb. Mechanicznie zmieniałam jej pieluszkę, tuliłam i karmiłam, marząc jedynie o tym, żeby przestała płakać. Zdawałam sobie sprawę, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo jak przed narodzinami córki. Ciężko mi się przyznać, ale mam wrażenie, że początkowo nie umiałam jej pokochać. Próbowałam zmusić się do tych uczuć, na głos powtarzałam jak bardzo ważna jest ona dla mnie, ale efekt był taki, że tylko oszukiwałam siebie. To dziecko było mi wtedy obojętne…

Przestałam jeść. Apetyt odszedł mi automatycznie. Spać też nie mogłam. Po powrocie ze szpitala w ciągu 3 dni spałam może 6 godzin. Byłam strasznie przemęczona. Mąż wręcz kazał mi odpocząć, powiedział, że zajmie się córką. Poszłam na górę do sypialni. Ale nie mogłam zasnąć, w głowie miałam setki myśli. Chciałam zniknąć, tak po prostu zamknąć oczy i więcej się nie obudzić.

Nie dawałam sobie rady z najprostszymi czynnościami, takimi jak zrobienie sobie kawy czy herbaty, nie wspominając o obiedzie. Ja – zawsze perfekcjonistka, która miała zaplanowany i zorganizowany dzień od A do Z. Ta świadomość mojej perfekcyjności jeszcze bardziej mnie dołowała. Pewnej nocy Zosia nie chciała usnąć, strasznie długo ją usypiałam. Nosiłam, kołysałam, ale robiłam to tak samo mechanicznie jak inne czynności pielęgnacyjne. W pewnym momencie poczułam, że jak ktoś mi jej nie zabierze to zrobię coś strasznego. Krzyknęłam do męża: „Paweł! Zabierz ode mnie to dziecko, bo za chwilę wyrzucę je przez okno!”. Mąż w popłochu przybiegł i uśpił córeczkę. Potem mieliśmy poważną rozmowę. Dziś jak to wspominam, czuję się jak mała dziewczynka, której ktoś dorosły tłumaczy co wolno, a czego nie wolno robić. Ale wiem, że to był pierwszy moment, kiedy Paweł zauważył, że coś złego dzieje się ze mną. Z tej rozmowy zapamiętałam tylko jedno: „ona płacze, ale nie dlatego że chce ci zrobić na złość, płacze bo potrzebuje twojej bliskości, miłości, albo po prostu coś ją boli”. W trudnych chwilach, które później również się zdarzały przywoływałam słowa Pawła i łatwiej się uspokajałam. Ale za to coraz częściej płakałam…

Potrafiłam płakać całe dnie, wyciszałam i ogarniałam się dopiero przed powrotem męża z pracy. Nie chciałam pokazać mu, że jestem słaba i beznadziejna. Choć on swoje i tak widział. Któregoś dnia zadzwoniła do mnie mama. Była godzina 12. Rozmawiałyśmy o duperelach, o tym, że mama właśnie wróciła ze sklepu i zaraz zacznie prasowanie. W pewnym momencie coś we mnie pękło i zaczęłam przeraźliwie płakać. Uświadomiłam sobie, która jest godzina, a ja od rana nie zrobiłam NIC, nawet nie zeszłam na dół, nie ubrałam się, nie przygotowałam obiadu. Co więcej – ja po prostu nie miałam na to siły, ochoty, nie chciało mi się nic, kompletnie nic. Mama była lekko zdezorientowana, miałam wrażenie, że nie rozumie czemu płaczę. A ja tak bardzo chciałam, żeby w tej chwili ktoś ze mną był, żeby mnie przytulił, powiedział, że to wszystko minie, że odnajdę się w nowej roli i za jakiś czas wszystko wróci do normy. Mama zdołała tylko powiedzieć pół żartem, pół serio: „Co Ty, Aga masz depresję poporodową czy jak?”.

Kiedy wreszcie moi bliscy poczuli, że coś złego dzieje się ze mną, zaczęłam rajd po lekarzach. Najpierw psycholog, potem psychiatra. Tego drugiego nie dało się już przechytrzyć. Miałam to szczęście, że trafiłam na dobrego specjalistę, który nie uwierzył mi, że sama dam sobie z tym radę. Padła diagnoza: DEPRESJA POPORODOWA. Dostałam lek. Zaczęłam też terapię u psychologa.

Od tego czasu minęło prawie pół roku. A ja dopiero teraz zaczynam cieszyć się macierzyństwem. I gdyby nie bliscy, nie wiem co mogłoby się wydarzyć. Mam jednak świadomość, że to wszystko było po coś, może miałam się zatrzymać, pozwolić sobie na słabość, dać sobie pomóc innym. Dotychczas to raczej ja pomagałam i wyciągałam innych z problemów. Dziś, mam tylko jeden żal do siebie – o to, że moja córeczka nie miała mnie w pełni w tych pierwszych miesiącach swojego życia. Staram się to jej wynagrodzić teraz, daję z siebie 100%, choć idealną matką nie jestem na pewno.

Aniu, postanowiłam podzielić się z Tobą swoją historią, bo chcę ustrzec inne kobiety. Depresja może spotkać każdą z nas. Jak widać na moim przykładzie dotyka też kobiety zorganizowane, poukładane, perfekcyjne. To nieprawda, że to problem kobiet, które mają dzieci z wpadki. Moja córka była wyczekiwanym dzieckiem. A mimo to, ta choroba dopadła i mnie.

Jeśli moja historia choć trochę przypomina Wasze życie, dajcie sobie pomóc, bo prośba o wsparcie to oznaka mądrości a nie słabości! Depresja to poważne zaburzenie, które trzeba leczyć. Nieleczona może doprowadzić do tragedii.”.

A Ty miałaś podobne doświadczenia do bohaterki tej historii? Podziel się swoją historia?

„Niech ktoś weźmie ode mnie to dziecko”.
4.2 (84%) 5 głosów

Udostępnij:

2 comments

  1. Ciężkie przeżycia budują na przyszłość! To cudowne, ze teraz dajesz z siebie wszystko, pamiętaj ze to bardzo ważne dla takiego maleństwa! Życzymy powodzenia i pozdrawiamy serdecznie -Senna-sówka.pl :*

  2. Nie przeżyłam tego. Aż ciężko mi sobie wyobrazić, że można mieć takie negatywne odczucia do dziecka. Musi być to bardzo przykre. Bardzo dobrze, że się o tym teraz coraz więcej mówi. Dziękuję za ten wpis.

Dodaj komentarz