Przecież ty ciągle w domu siedzisz, to chyba możesz się tym zająć?

Dzisiaj zapraszam Was na historię Renaty. Miałam dużo zapytań od Was, kiedy następne historie, dlatego tym bardziej z przyjemnością publikuję dzisiaj kolejną.  🙂

Tak, znów to wczoraj usłyszałam. I znów aż się zagotowałam. Siedzę w domu. Oczywiście, cholera, cały dzień siedzę i piję sobie kawkę. I paznokcie robię. A dzieciaki to się same pilnują. Obiad sam się robi, zakupy też. I trawa ostatnio sama się skosiła, a rachunki zapłaciły.

Dlaczego wszyscy uważają, że jak zajmuję się wychowaniem dzieci i utrzymaniem domu to nic nie robię? Czy bycie pełnoetatową matką to nie jest praca?

Mój mąż uważa że nie. On ma swoją firmę, spotyka się z kontrahentami, jeździ po zakładach, prowadzi projekty. Zarabia na nasze utrzymanie. W zamian za to oczekuje że będzie miał w domu wszystko zrobione, czyli ciepły obiad wjedzie na stół, a po obiedzie zabiorę mu z głowy dzieci i sprawy do załatwienia. Będzie mógł usiąść przed telewizorem lub Internetem i zająć się swoimi sprawami.

Bo on musi odpocząć. Klienci go wkurzyli, dostawca nawalił. Stresuje się w pracy, więc w domu chce mieć spokój.

Jak proszę go żeby pojechał coś załatwić to słyszę że nie ma czasu, jest zmęczony lub musi się zrelaksować. A ja przecież miałam cały dzień i mogłam to zrobić. Nie dociera do niego, że niektóre sprawy to facet powinien wziąć w swoje ręce. Koszenie nie jest męczące, to przecież przyjemność pospacerować sobie na świeżym powietrzu. Zakupy – oj tam, wyrwę się na chwilę z domu więc z pewnością będzie mi miło. Dzieciaki do szkoły lub na zajęcia dodatkowe? Przecież to chwila podrzucić je autem. I tak ciągle, cały czas słyszę to samo…

Ja nie mam prawa być zmęczona bo ja przecież cały dzień nic nie robię. W domu sobie siedzę…

Dlaczego mój mąż nie szanuje pracy którą wykonuję? Słyszałam kiedyś, jak pogardliwie, rozmawiając z kimś przez telefon, nazwał mnie kurą domową. Uważa że nie mam ambicji by połączyć pracę z opieką nad dziećmi. Bo mogłabym przecież pracować, zamiast siedzieć cały dzień w domu…

Jakby wiedział ile to wszystko kosztuje energii. To, że dzieci nie biegają brudne i głodne, że ma obiad na stole, ciepłą szarlotkę na deser, pełną lodówkę, naprawioną zmywarkę…

Kiedyś próbowałam z nim rozmawiać, tłumaczyć. Zrobiłam nawet listę rzeczy, które załatwiałam tego dnia. I wiecie co? Wyśmiał mnie. Bo dopilnowanie dzieci przy lekcjach to nie jest praca. I pójście z nimi na basen też nie. Przecież sobie popływałam. Relaks, prawda? A cały czas oczy dookoła głowy żeby się któreś nie utopiło, spakowało wszystko do plecaka i nie wyszło z mokrymi włosami, bo zaraz będzie angina.

A potem było najgorsze. Pokazał mi swój kalendarz, ile to niby on ma na głowie ważnych spraw, a ja nie mogę się nawet zająć domem. Królewna się znalazła, której się nic nie chce. A gdy się poskarżyłam, że nawet nie mam kiedy się spotkać z koleżankami lub pójść do kosmetyczki to usłyszałam, że muszę źle gospodarować swoim czasem. Poza tym moje koleżanki i kosmetyczka to jakieś fanaberie i w ogóle przesadzam. On zdąża spotkać się z kolegami, więc jak on przy takiej ilości obowiązków zawodowych daje radę, to ja – siedząca w domu cały dzień – też powinnam.

Tak bym chciała żeby więcej czasu spędzał z dziećmi. Przychodzi po pracy, pogłaska je, ale nawet nie pogada z nimi dłużej. A chłopaki lgną do ojca jak tylko mogą. W piłkę by pograli, poszli z nim do kina. Niestety, to nie mieści się w kalendarzu mojego męża. Dzieci mają siedzieć cicho i nie przeszkadzać, bo on odpoczywa. Nawet nie zna ich przyjaciół i nie trafiłby do właściwej klasy na wywiadówkę. Jakby oczywiście raczył kiedyś pójść…

Czasami czuję się jak Kopciuszek… A mój mąż to macocha i dwie złe siostry w jednym.

Ostatnio marzę o tym, żeby się zbuntować. Rzucić to wszystko. Wyjechać gdzieś, na tydzień, dwa, trzy. Wtedy by zobaczył to nic, które samo się robi. Musiałby w końcu odezwać się do dzieci, ubrać, nakarmić, zająć ich sprawami. Uruchomić zmywarkę, odkurzacz i pralkę. Zrobić zakupy lub chociaż zamówić jedzenie do domu. Pamiętać o szczepieniu psa, odwieźć książki do biblioteki i odczytać licznik. Zawieźć chłopaków na basen i angielski. Odebrać ze szkoły o różnych dziwnych porach. Zrobić przegląd auta i przypilnować, by w tornistrach mieli co trzeba.

Ciekawe czy po tym czasie dalej by twierdził że nic nie robię i zajmowanie się domem to nie jest praca…

A czy Wasi mężowie też uważają, że wychowywanie dzieci to nic nie robienie?

Przecież ty ciągle w domu siedzisz, to chyba możesz się tym zająć?
5 (100%) 10 głosów

Udostępnij:

6 comments

  1. Ooo, gdy chcialam cos napisac, pokazal sie komunikat, ze „wykryto duplikat komentarza”. Moze to znak, zeby juz nic nie pisac;) ?

  2. Może tak jest faktycznie w niektorych przypadkach. Nasza Julia ma 1,5 roczku i korzystajac z tego, ze mam do tego prawo, jestem na wychowawczym i sobie „siedze” w domu. Jednak mąż mowi, ze ja robie o wiele wiecej niz on i ze lepiej, latwiej isc do pracy, niz robic rzeczy domowe. Poza tym zalozylismy niedawno firme; mąż jest obcokrajowcem, dochodzi nam sporo spraw urzedowych (oczywiscie inni tez chodza do urzedow, tylko moze ciut rzadziej:) ). Mąż pomaga w sprawach domowych, zajmuje sie J. Brak pieniedzy, mieszkania, klopoty z wizą i pracą – to juz bylo przed slubem i duzo nam dalo w poznawaniu się. Mam nadzieje, ze jednak jest duzo par, ktore potrafia sie zrozumiec i docenic wzajemne starania, niezaleznie od tego, czy są one zawodowe czy domowe.

    1. Kasiu Twój mąż to prawdziwy skarb :). Super, że tak Cię wspiera w obowiązkach domowych. Z tego co piszesz, jesteście bardzo zgranym małżeństwem i oboje bardzo dobrze się uzupełniacie :).

  3. To prawda ewcia! Ale co się dzieje z tymi meżczyznami?! To niemożliwe, żeby tak się zmienili od momentu, gdy ich poznałyśmy! Dla mnie to jest nie do pojecia, moj facet, podobnie jak faceci moich koleżanek, jest raczej pantoflarzem;) zresztą dziewczyny, nie włączając swoich partnerow w życie domowe i robiac wszystko same, ostatecznie same sobie szkodza, niestety. A poza tym, dlaczego nikt nie pisze o swoim szczesciu, udanym zyciu itp.???

    1. Hej Kasiu, mnie się wydaje, że jak przychodzi dziecko na świat to wtedy dopiero zaczyna się prawdziwe życie. Dopiero wtedy tak naprawdę poznajemy swojego męża/partnera.

  4. Proponuje zamianę ról 🙂 Pan powinien się przekonać na własnej skórze!

Dodaj komentarz