Małżeństwo na odległość. Czy może się udać?

Wracam z bardzo przez Was uwielbianymi historiami  moich czytelniczek. Historia Izy.

Kiedy Jurek dostał propozycję pracy w Norwegii myślałam, że złapaliśmy Pana Boga za nogi. On cieszył się możliwością robienia ciekawego projektu i rozwoju. Ja od razu pomyślałam o lepszych zarobkach, bo przy trójce dzieci nam się nie przelewało. Ciągle trzeba było coś kupić do szkoły, nowe spodnie, książki, zabawki, zapłacić za kolonie, zajęcia dodatkowe… Norwegia miała rozwiązać nasze finansowe problemy.

Początkowo Jurkowi zaproponowano realizację jednego, półrocznego projektu. Bałam się zostać sama z dziećmi – wiadomo jak to jest… Zająć się trójką łobuziaków i pogodzić to wszystko z zajęciami pozalekcyjnymi, szkołą, przedszkolem, chorobami i czasem na zabawę to nie jest łatwe dla dwóch osób, a co dopiero dla jednej! Pocieszałam się jednak, że pół roku szybko minie. Zresztą Jurek obiecał, że będzie przyjeżdżał tak często jak da radę.

W dzień wyjazdu długo nie mogliśmy się rozstać. Widziałam, jak bardzo nie chce jechać. Dzieci kleiły się do niego, starszy syn się początkowo obraził, ale w końcu i on przyszedł się pożegnać.

Gdy zamknęłam drzwi poczułam się najbardziej samotną osobą na świecie. Zostałam sama jedna w Polsce, a on pojechał gdzieś w wielki świat. Kiedy go zobaczę? Czy będzie mu tam dobrze? Bałam się najbliższych dni, ale musiałam się wziąć w garść – czekała na mnie trójka dzieci ze swoimi problemami, pytaniami i potrzebami. Moje tęsknoty, smutki i rozterki musiały zostać odsunięte na drugi plan.

Jurek codziennie dzwonił przez Skype i rozmawialiśmy wieczorami. Z przyjazdami był problem – nie mógł się urwać z pracy i bywał w Polsce raz w miesiącu. Bardzo mi go brakowało, ale odliczałam dni do powrotu. Jeszcze 13 tygodni, jeszcze 8, jeszcze tylko miesiąc. Gdy myślałam, że już wszystko wróci do normy, okazało się, że życie jest pełne niespodzianek.

Po pierwszym projekcie przyszedł czas na kolejny. I jeszcze jeden. Potem zaproponowano mu pracę na stałe w norweskim oddziale firmy. Po krótkim wahaniu przyjął ją. Pieniądze które tam zarabiał były naprawdę niezłe. W końcu nie musiałam liczyć, czy starczy nam do pierwszego, a dzieci mogły chodzić w markowych rzeczach. Ale wtedy zaczęły się inne problemy.

Starszy syn zaczął się buntować, nie chciał mnie słuchać. Wiem, że był wściekły na ojca za to że go „zostawił” i pojechał gdzieś za granicę. Czuł się porzucony, Jurka nie było wtedy kiedy chłopaki najbardziej potrzebują autorytetu taty. Janek musiał sam sobie radzić ze wszystkimi nastoletnimi problemami, bo z mamą przecież nie będzie o nich rozmawiał. Widziałam czasami jak się miota, walczy ze sobą. Nie umiałam mu pomóc. Nie chciał mi się zwierzać. Zaczął znikać z domu, wydawało mi się, że palił. Bałam się, że wpadnie w złe towarzystwo, ale zamykał się w pokoju i nie reagował na moje próby porozmawiania o tym co go trapi.

Dorotka na szczęście jeszcze była zbyt mała, żeby cokolwiek zrozumieć, ale 4-letni Wiktor często mnie pytał gdzie jest tata i kiedy wróci. Serce mi się kroiło, gdy musiałam mu tłumaczyć, że tata zarabia dla nas pieniążki i przyjedzie dopiero na święta. Kiedyś z płaczem powiedział, że on nie chce pieniążków, że woli tatę… Zamknęłam się w pokoju i ryczałam przez godzinę.

Ja też wolałam Jurka zamiast tego wszystkiego. Tu nawet nie chodziło o podział obowiązków i dzielenie się opieką nad dziećmi, ale po prostu strasznie za nim tęskniłam.

Wiktor też się zmienił od wyjazdu taty. Posmutniał, zaczął unikać rówieśników, nie chciał się bawić z dziećmi. Wolał siedzieć sam i składać klocki, które dostał od Jurka. Tłumaczyłam mu, że tata go kocha i wróci na pewno, ale chyba już mi nie wierzył. Ja też zaczęłam mieć wątpliwości, bo nieobecność Jurka odbijała się negatywnie również na mnie.

Brakowało mi jego ciepłego dotyku na dobranoc, śniadania do łóżka w niedzielę i wspólnych, rodzinnych spacerów. Ten, kto tego nie przeżył nawet nie wie o czym mówię. Mi też się wydawało, że te kilometry nas nie rozdzielą. Ale między nami zaczęło się psuć.

Jurek żył tam swoim życiem. Kiedy kończył pracę miał wolne – chodził z kolegami na imprezy, zwiedzał, brał udział w organizowanych przez firmę dodatkowych atrakcjach. Ja tu żyłam potrzebami i obowiązkami rodzinnymi. Wiedziałam co dzieci mają zadane, które koleżanki są najlepszymi przyjaciółkami i z kim pokłócili się na ostatniej przerwie w szkole. Znałam na pamięć plany lekcji, terminy przeglądu piecyka gazowego i wizyty kontrolnej u dentysty.

Gdy Jurek przyjeżdżał był niczym obcy człowiek. Nie wiedział co dzieje się u nas (bo ile można opowiedzieć na Skype?), nie rozumiał dzieci, zaskakiwało go jak się zmieniają i rosną. To trochę tak jakby co miesiąc wracał do nowej rodziny, której musiał się uczyć od nowa. A miał na to tylko weekend, więc wiele nie zdążał się nauczyć. Nawet chyba nie chciał. Gdy prosiłam go o pomoc w zakupach, załatwieniu przeglądu auta lub pojechaniu z dzieciakami na lodowisko to zawsze słyszałam, że jest zmęczony.

Zresztą miałam wrażenie, że tylko czeka na to by znów wrócić tam, gdzie nie miał obowiązków tylko wolność. Zamiast wycierać zakatarzone nosy i pilnować odrabiania lekcji mógł imprezować z kolegami, oglądać telewizję, leniuchować; mógł robić cokolwiek, bez zobowiązań. Może dlatego się tak zmienił?

Kiedyś zaproponowałam mu, że może przeprowadzimy się do niego z całą rodziną, do Norwegii. Dzieci nauczą się języka, będą mogły spędzać z nim więcej czasu… Zaprotestował gwałtownie. Powiedział mi wprost, że to głupi pomysł! Potem zaczął wymyślać, że ma za małe mieszkanie, że nie da rady pogodzić opieki z pracą, że tam wszystko jest droższe. Dobrze wiedziałam – to były zwykłe wymówki. On tam miał wygodę i pełny luz. A może nawet poznał jakąś kobietę? Ja tu miałam na głowie dom i dzieci. Wygodnie mu było być „niedzielnym tatusiem” i nie brać odpowiedzialności za nic.

Teraz, z perspektywy czasu, zastanawiam się czy ten wyjazd to faktycznie była dobra decyzja. Moje dzieci właściwie straciły kontakt z ojcem. Widzą go raz w miesiącu (jeżeli akurat przyjedzie). Ja nie umiem sobie poradzić z tęsknotą i coraz częściej myślę o tym co było kiedyś. Straciłam kochającego męża, człowieka, z którym chciałam dzielić życie. Teraz z Norwegii przyjeżdża do mnie ktoś obcy. Nie pamiętam już jego zapachu, nie znam nawyków, nie wiem co robi w wolnym czasie i czy dalej lubi francuską kuchnię. Mam wrażenie, że moje małżeństwo chyli się ku upadkowi. Z przerażeniem myślę, że kiedyś nastąpi ten moment, gdy poprosi o rozwód, bo poznał tam kogoś. Owszem, stać nas właściwie na wszystko, ale czy te pieniądze mogą zastąpić moim dzieciom ojca, a mnie męża?

A jak Wy drogie panie radzicie sobie z rozłąką z mężem?

 

Prawa do zdjęcia: Obraz Pexels z Pixabay

Małżeństwo na odległość. Czy może się udać?
5 (100%) 2 głosów

Udostępnij:

3 comments

  1. U mnie zakończyło się rozwodem zostałam sama z 2 dzieci. Płaczę do dziś a minęło juz 5 lat

  2. Mąż wyjechał za granicę gdy byłam w drugiej ciąży. Córka miała wtedy 7 lat. Teraz ma 12 lat a syn 5. Przyjeżdża 4 do 5 razy w roku. Jest w święta i cały miesiąc wakacji. Oczywiście, że tęsknimy. Wszyscy. Czasem przychodzą chwile złości i kryzysu. Ale jesteśmy dla siebie wsparciem. Owszem mąż tam ma swoje życie, a my tu mamy swój rytm ale gdy wraca cieszymy się każdą chwilą. Zaufanie, lojalność i wsparcie. Tak radzimy sobie z tęsknotą już 6 lat 😉

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.