Wróciłam z mężem i dziećmi z emigracji i nie żałuję

Historia Kasi.

Jesteśmy z Darkiem 13 lat po ślubie, mamy dwójkę świetnych dzieciaków w wieku szkolnym. Oboje skończyliśmy studia, znamy języki. Mój mąż pracuje w firmie komputerowej, która ma filie w wielu krajach, ja zajmowałam się współpracą z fundacjami. Nie zarabialiśmy kokosów, ale wystarczało i na opłacenie wynajętego mieszkania, i na drobne przyjemności dla dzieci. Nie mieliśmy problemów finansowych, jednak już kupienie swojego „M” nie wchodziło w grę. Wizja kredytu na 30 lat nas przerażała – nie chcieliśmy się wiązać na tak długi okres czasu.

Jak chyba każdy, szukaliśmy możliwości dorobienia. Wtedy jak na tacy podano nam tę propozycję. Firma Darka zaproponowała mu wyjazd do Anglii, gdzie miałby przez kilka lat pracować nad międzynarodowym projektem. Oczywiście z rodziną, jeżeli miał takie życzenie. Załatwiali wszystko – mieszkanie, szkoły dla dzieci, pomoc w przeprowadzce. Zarobki – w funtach, w wysokości o której w Polsce można tylko pomarzyć.

Kiedy to usłyszałam poczułam się jakbym złapała Pana Boga za nogi. Nasze marzenie o własnym mieszkaniu miało szansę się spełnić! Nie zastanawialiśmy się długo. Kilka wieczorów rozważania za i przeciw i decyzja została podjęta. Decyzja na TAK.

Martwiłam się trochę o dzieciaki – zarówno Aneta jak i Marek podchodzili do tego pomysłu sceptycznie. Bali się zostawić kolegów, cały swój szkolny świat i znajomą okolicę. Ja też się tego trochę bałam. Musiałam rzucić pracę, będę szukała czegoś na miejscu. Żeby nie robić wielkiego zamieszania, Darek pojechał sam, a my mieliśmy dojechać za 2 miesiące, po zakończeniu roku szkolnego.

Przeprowadzka to był koszmar – nie uwierzycie ile rzeczy trzeba załatwić zanim się wyjedzie! Pakowanie, papierkowe formalności, zakupy, lekarze (bo tu taniej) i całe multum spraw, które nawet nie przyszły mi do głowy jak decydowaliśmy się na emigrację. Oprócz siebie musiałam też ogarnąć dzieci. Nie nudziłam się przez te dwa miesiące… Żyłam nadzieją na to co zastanę TAM.

Aż wreszcie ten dzień nadszedł.

Pierwsze wrażenie było raczej słabe. Szeregowe domki przy ulicy, żadnej zieleni, placu zabaw czy parku (był dopiero kilka przecznic dalej). Wszystko jakieś szare, bure. I lało jak diabli. Byłam cała mokra zanim wieczorem nasze rzeczy w kartonowych pudłach zastawiły cały salon. Mieszkanie nawet całkiem przytulne, dzieci dostały swoje pokoje, a i dla nas znalazła się mała sypialnia. Darek częściowo próbował je urządzić, ale wciąż brakowało trochę sprzętów. Praca pochłaniała go w całości.

Pierwsze dni poświęciłam na poznawanie okolicy. Po tygodniu wiedziałam gdzie zrobić taniej zakupy i jak dojechać do centrum. Jazda po lewej stronie okazała się koszmarem. Wolałam autobus zamiast własnego auta. Zresztą Darek często zabierał samochód, bo potrzebował go do pracy.

Z dzieciakami było trochę problemów. Anetka zamknęła się w sobie, płakała, nie chciała wychodzić na podwórko. Marek dla odmiany zrobił się niegrzeczny. Pyskował, stawiał się i nierzadko miałam ochotę porządnie mu nagadać. Dzieciaki muszą się przyzwyczaić – myślałam i dawałam im więcej luzu.

Starałam się też pomóc w poznawaniu nowego miejsca. Chodziliśmy razem na spacery po centrum, uczyliśmy się angielskich słówek by miały łatwiej. Darek rzadko nam towarzyszył – siedział z nosem w komputerze także przez weekendy. Z ulgą przyjął, że ktoś mu gotuje, pierze i sprząta.

A potem zaczął się rok szkolny i prawdziwe problemy.

Aneta po kilku tygodniach odmówiła pójścia do szkoły. Próbowałam ja przekonać, że musi być cierpliwa, to wszystko się ułoży ale przypominało to gadanie do ściany.

– Nie pójdęęęę – ryczała w poduszkę. – nie chcęęęę….

– Anetko, skarbie – przekonywałam – przecież tam nie jest źle. Poznasz wkrótce nowych kolegów i koleżanki, będziecie się razem bawić…

– Nie pójdę bo wszyscy się ze mnie śmieją i wytykają mnie palcami… że jestem obca. Że mam akcent zły. Nie chcę tam iść – buczała dalej.

– Kochanie, nie przejmuj się. Zobaczysz, już niedługo będziesz mówiła tak, że nikt nie zauważy, że nie jesteś Brytyjką! – próbowałam dalej, chociaż sama w to nie wierzyłam. Ja również nie czułam się tutaj „u siebie”. Zdarzały mi się w sklepie szydercze uśmieszki i niewybredne komentarze. Nie zwracałam na nie uwagi, ale nie czułam się bezpiecznie.

Daremnie. Aneta zawzięła się. Jak próbowałam ją zmusić do wstania z łóżka to wpadła w taką histerię, że uspakajałam ją prawie przez godzinę. Zasnęła zmęczona w moich ramionach jak dwuletnie dziecko.

Kiedy wieczorem chciałam pogadać z Darkiem usłyszałam, że musi skończyć prezentację przed jutrzejszym spotkaniem. Facet, którego kochałam i z którym miałam dzieci po prostu mnie olał. Przyjrzałam się ostatnim tygodniom. Rzadko rozmawiamy. Rzadko się kochamy. On ma swoje życie, ja swoje. Jego jest pełne uznania, dumy, wyzwań, a ja użeram się z wszystkimi problemami jakie mamy po przyjeździe tu. Oczywiście nie ma mowy bym poszła do jakiejś pracy bo kto to ogarnie? Wkurzyłam się.

Czarę goryczy przelał następnego dnia Marek, który znów spóźnił się do domu po szkole. Odpuściłam mu – mówił, że zagadał się z kolegami. Niech nawiązuje znajomości… Cieszyłam się nawet że idzie mu to lepiej niż Anecie. Poradzi sobie chłopak w życiu.

Telefon ze szkoły kilkanaście dni później wyrwał mnie z tej radości. Proszono o spotkanie. Poszłam. Wychowawczyni Marka poprosiła, bym zwróciła uwagę na syna. Zrobił się hardy, nie uczył się, pyskował nauczycielom lub udawał że nie rozumie co do niego mówią. Podobno zaczął też zadawać się z innymi obcokrajowcami, którzy zostali odrzuceni przez kolegów z klasy. Nie mieli tu dobrej opinii. Na koniec zasugerowała zmianę szkoły na specjalną dla obcokrajowców, bo w brytyjskiej Marek sobie „nie radzi”. Osłupiałam.

Poczułam, że bycie Polką to wstyd. Jeszcze nigdy nie wstydziłam się swojego pochodzenia. Aż do tego momentu. Powiedziałam, że się tym zajmę i jak niepyszna wróciłam do domu.

Rozmowa z młodym nic nie dała. Skończyła się awanturą. Darek po raz kolejny umył ręce, wychodząc na bankiet z klientami. Zostałam z pogrążoną w depresji córką i synem, który zaczął podskakiwać. Sama. Odrzucona. Wytykana palcami. W obcym kraju.

Spakowałam walizki i postawiłam tak, by Darek potknął się o nie jak wróci ze swojego spotkania. Postanowiłam że ani ja, ani dzieci tu nie zostaną. Wielka Brytania systematycznie niszczyła moją rodzinę.

Walizki odniosły skutek. Darek wrócił do rzeczywistości. Długo rozmawialiśmy, długo płakaliśmy i przepraszaliśmy się.

Mój mąż dogadał się w pracy, wrócił z nami do Polski. Zarabiamy mniej ale jesteśmy szczęśliwi. Problemy z dziećmi skończyły się jak ręką odjął. Czujemy się tu u siebie, cieszymy się, że nikt nie wytyka nas palcami i nie śmieje się z akcentu. Na wakacje jeździmy w Polskę, poznajemy nasze morze i góry. Zagranica nikogo już nie pociąga.

Wróciłam do pracy. Tym razem wybrałam miejsce, gdzie mogę skorzystać ze swoich doświadczeń. Pracuję w organizacji pomagającej obcokrajowcom w Polsce. Na własnej skórze doświadczyłam co musi przejść osoba, która przeprowadza się do innego państwa. Doskonale ich rozumiem.

Wróciłam z mężem i dziećmi z emigracji i nie żałuję
5 (100%) 1 głosów

Udostępnij:

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.