Poznajcie historię Beaty, która 10 lat z mężem starała się o dziecko

Dzisiaj na blogu historia Beaty. Obiecałam Beacie, że opublikuje anonimowo jej historię by wspierać inne kobiety i małżeństwa w podobnej sytuacji życiowej. Zapraszam.

………

          Zawsze lubiłam planować. Kiedy poznałam Tomka, a on po jakimś czasie mi się oświadczył oczyma wyobraźni widziałam nas jako rodzinę z gromadką dzieci. Zaraz po ślubie wzięliśmy kredyt na budowę domu. Wspólnie ustaliliśmy, że jak postawimy dom to zaczniemy starania o bobasa. Chciałam, żeby wszystko było po kolei, najpierw ślub, potem dom i dzieci. W moim planie nie przewidziałam tylko jednego… Tego, że dzieci nie da się zaplanować.

            Życie szybko postawiło mnie do pionu. Kiedy dom był już prawie gotowy ustaliliśmy, że to idealny moment na potomstwo. I przystąpiliśmy do dzieła. Najpierw na luzie, bez żadnej spiny. Po prostu odstawiliśmy antykoncepcję. Myślałam, że zaraz będę w ciąży. W końcu obydwoje byliśmy zdrowymi, młodymi ludźmi. Niestety, minął miesiąc, dwa, pół roku. I nic. Za każdym razem w dniu spodziewanej miesiączki był wielki stres i oczekiwanie. Postanowiłam wybrać się do lekarza. Ginekolog zbadał mnie i nieco zbył, mówiąc, że pół roku to tak naprawdę krótki okres starań. Przepisał kilka badań do zrobienia, w tym, hormony. Okazało się, że mam zbyt niski poziom progesteronu i być może to jest przyczyną niepowodzenia w zajściu w ciążę. Rozpoczęłam suplementację luteiny i monitoring cyklu.

Niestety minął kolejny rok i z naszych starań nici. Między mną a Tomkiem coraz częściej dochodziło do spięć na ten temat. Miałam wrażenie, że bardziej mi zależy na dziecku niż jemu. Nasz seks też stał się rutynowy i zaplanowany. Znajomi wokół również nie „pomagali”, w kółko tylko słyszałam o dzieciach i kolejnych ciążach, co jeszcze bardziej mnie dołowało. Czułam się taka niepełnowartościowa.

W końcu obydwoje podjęliśmy decyzję o rozpoczęciu profesjonalnego leczenia. Czuliśmy, że już sami nie dajemy sobie rady. Zgłosiliśmy się do kliniki leczenia niepłodności. Pierwsza wizyta dała nam nieco nadziei. Lekarz dokładnie przestudiował nasz przypadek, zlecił badania i ustalił plan działania: najpierw stymulacja, później inseminacja, jedna lub kilka, a jeśli to nie pomoże to – in vitro. Po wstępnych badaniach okazało się, że ze mną wszystko w porządku, ale plemniki mojego męża są mało ruchliwe i niezbyt dobre jakościowo. Co prawda lekarz twierdził, że wyniki nie są złe, a jedynie tylko trochę poniżej normy. Zalecił stosowanie leku, poprawiającego płodność u Tomka. Po kilku miesiącach brania suplementów przystąpiliśmy do pierwszej inseminacji. Byliśmy pełni nadziei, aczkolwiek wiedzieliśmy, że szanse na zajście w ciążę sięgają maksymalnie 20%. W dniu spodziewanej miesiączki nic się nie wydarzyło. Niestety, dwa dni później kiedy miałam iść zrobić test ciążowy na wkładce ujrzałam krew. Moje marzenie po raz kolejny legło w gruzach. Wyszłam zapłakana z łazienki. Tomek o nic nie pytał, widział po mnie, że po raz kolejny się nie udało.

Zaczęłam powoli nabierać przekonania, że dzieci po prostu nie są nam pisane. Mimo wszystko byliśmy zdecydowani na kolejną inseminację. Niestety i tym razem się nie udało. I to już był dramat… Mogę śmiało powiedzieć, że się załamałam, tak totalnie zwątpiłam w swoją kobiecość, w męskość mojego faceta i w ogóle w całą naszą przyszłość. No bo jak tu żyć bez dzieci? Dla kogo pracować, wracać do domu, z kim spędzać czas wolny? To był czas, kiedy na widok dziecka w telewizji miałam łzy w oczach, a wiadomość o kolejnym bobasie w rodzinie wywoływała u mnie frustrację.

Postanowiliśmy podjąć trzecią i ostatnią inseminację. Podeszłam do tego z nastawieniem „chcę mieć to już za sobą”. W zasadzie to chyba szukałam potwierdzenia, że nie mogę mieć dzieci. Dlatego też, nie byłam zdziwiona efektem. I tym razem nic z tego nie wyszło.

Najpierw było załamanie, później pojawiły się rozmowy o adopcji. Na in vitro zwyczajnie nie było nas stać. Powoli godziłam się z myślą, że nie urodzę własnego dziecka. Daliśmy sobie z mężem czas na odpoczynek od tych wszystkich kilkuletnich starań, frustracji i wzajemnego obwiniania. Wyjechaliśmy na wspaniały urlop, który wzmocnił nasz związek. Zapisaliśmy się na siłownię, aby po pracy robić razem coś pożytecznego. Zawodowo również się realizowaliśmy. Awansowałam na kierownicze stanowisko.

Będąc na delegacji w Gdańsku strasznie źle się poczułam. Musiałam przerwać prezentację. Pobiegłam do łazienki i zwyczajnie zwymiotowałam. Pomyślałam sobie, że pewnie zaszkodziło mi hotelowe jedzenie. Następnego dnia rano było jednak to samo. Na sam widok śniadania miałam mdłości. Zerknęłam w kalendarz. Nieee…. To nie może być prawda… Tydzień temu miałam mieć miesiączkę, jak możliwe, że to przegapiłam? Ja, która zawsze skreślała dni w kalendarzu czekając na ten „sądny dzień”. Poleciałam po test ciążowy. Zrobiłam go jeszcze będąc w hotelowym pokoju. Drżącymi rękami sprawdziłam wynik po 2 minutach. Ujrzałam tam dwie piękne, wyraźne, czerwone kreski na które czekałam przez ostatnie 10 lat. Łzy popłynęły mi strumieniami. Żałowałam tylko jednego…. Że nie ma przy mnie Tomka. Odwołałam swoją prelekcję i pierwszym pociągiem wróciłam do Warszawy. Chciałam powiedzieć mu o tym osobiście. Test ciążowy zabrałam ze sobą. Byłam tak podekscytowana, że nie mogłam wydać z siebie żadnego zdania. Tomek zerknął na mnie, a ja wręczyłam mu test. W pierwszej chwili myślał, że żartuję, a jak wreszcie wykrzyczałam mu w twarz, że „JESTEM W CIĄŻY!” zaczął płakać razem ze mną.

Od tego czasu minął rok. Jesteśmy rodzicami cudownej dziewczynki Basi. Tak długo wyczekiwane macierzyństwo dodało mi skrzydeł. Teraz czuję się pełnowartościową, spełnioną żoną i mamą.

Dziewczyny, jeśli wśród Was są kobiety, które również bezskutecznie starają się o dziecko, mam nadzieję, że moja historia da Wam wiarę. Pamiętajcie, że często oprócz medycznych problemów, przyczyna problemów leży w naszej głowie. Nie nakręcajcie się i nie poddawajcie w walce o Wasz cud. Czasem oprócz leczenia warto wprowadzić trochę luzu i po prostu odpuścić.

A czy Ty znasz kogoś w swoim otoczeniu z podobną historią do Beaty? A może sama byłaś w podobnej sytuacji? 

 

Poznajcie historię Beaty, która 10 lat z mężem starała się o dziecko
5 (100%) 6 głosów

Udostępnij:

1 comment

  1. Moja koleżanka ma do tej pory problem z zajściem w ciąże. Razem z mężem leczą się już chyba 6 rok i nadal nic. Przykry temat.

Dodaj komentarz